Poesia di impegno civile: Tre testimonianze poetiche di Loredana Borghetto

Congegni attivati

congegni di carne attivati
sangue sull’asfalto
occhi increduli
labbra ferite
teste mozzate
spietata meccanica di corpi
che a breve diventano
giochi di candele
a scacciare mostri
fasci di fiori
a coprire la paura
post it che scolorano
je suis che si spengono
tra je suis mai pronunciati

poi silenzio e polvere
sbuffi rumorosi
di monossido di carbonio
oblio e… più niente
in attesa di altri congegni
di carne da attivare

S’aggruma il buio tra le ciglia

occhi di carta vetrata grattano
le mie pupille dilatate
ombre giganti mi opprimono

ho paura

pelle strappata sulla guancia
urli alle orecchie
mani di metallo fredde come bisturi
ginocchia sul mio corpo d’asfalto
il collo stretto da cordoni
ombelicali che soffocano

lasciatemi respirare

aria pesante come marmo
sulle labbra avide di vita
mentre il cielo mi copre con un sole
in agonia e s’aggruma il buio tra le ciglia

Ricordando George Floyd ucciso da un poliziotto ( Minneapolis 22 maggio 2020)

Passione ancora *

È passione ancora
nel giorno del sepolcro vuoto.
Nella domenica di resurrezione
la follia immola innocenze
profana mani che offrono il pane
impiglia capelli fra i chiodi della croce
spegne occhi che illuminavano
la mensa ora sconsacrata.
Si riempie di lacrime l’acquasantiera
mentre l’organo lancia note aspre
che lacerano l’umanità in attesa
del salvifico banchetto.

*Sri Lanka, strage di Pasqua 2019/ Nizza Notre Dame 30 ottobre 2020

Loredana Borghetto

Tutti i diritti riservati all’autrice

Pubblicato anche su Alessandria Today:

https://alessandriatoday.wordpress.com/2020/11/09/angolo-di-poesia-tre-liriche-di-impegno-civile-di-loredana-borghetto/?preview=true

Loredana Borghetto

Due poesie di Lorenzo Spurio (traduzione in polacco: Izabella Teresa Kostka) / Dwa wiersze Lorenzo Spurio (przekład na język polski: Izabella Teresa Kostka

Poesie di LORENZO SPURIO, traduzione in polacco: Izabella Teresa Kostka / Wiersze LORENZO SPURIO, tłumaczenie na polski: Izabella Teresa Kostka

La cartolina di Terezin

Si è crepata la grafite del mozzico di matita
eppure non poteva sapere del silenzio di sillabe.
Scrivi pure, porta il tuo pensiero dove vuoi.
Ho calcato duro la pagina per segnare
contro il tempo degli spilli acuti;
non un protocollo, una velina lasciata seccare
tratta dallo scarpone, filigrana di cartone
consunto, della suola ormai reticolo.
Si poteva scrivere in quegli istanti, giorno
di festa – funzione di calma e libertà ad ore;
il cinema dei momenti ritoccati, la farsa.
Fili d’acciaio come margini di un palco,
un tamburo di latta nel ventre, rissoso
ha dettato la mano tra perifrasi sicure.
Dovevo raccontare l’aria – parlando di me,
sentivo l’alone di risposta, un abbraccio.
Vergai cinque righe e mezzo, quel mozzico
di superficie di più non permetteva;
la busta avrebbe assicurato il contenuto.
Un lacerto di lettera – quali intemperie
anche al di là di quel confine? – non si può
scordare il profumo di violetta né eludere
il vento che scorrazza prepotente. Mai.
Così sigillai la cartolina di Terezin,
ora riposa in qualche archivio, pronta
per trasparire dalla lucida teca dei secoli
o, impastata alla cenere e alla terra,
ha fatto nascere un filo d’erba.

Il mio verso, foglia tra parole di vene,
cerco ancora il sole – lo intuisco –
e lemmi radiosi per colmare di radiche
quest’ellissi di cloroformio e folgori.

Pocztówka z Terezina

Pękł grafit końcówki ołówka
i nie mógł wiedzieć o milczeniu sylab.
Pisz, zanieś swoje myśli dokąd chcesz.
Z trudem zgniotłem stronę
ciężką do zaznaczenia kłującymi szpilkami;
nie protokół, ale folię do wyschnięcia
wyciągniętą z buciora, tekturową znoszoną wkładkę,
z podeszwy retikulum.
W takich chwilach można by pisać, dzień
świąteczny – spokój i wolność na parę godzin;
kino wyretuszowanych chwil, farsa.
Stalowe druty jak krawędzie sceny,
blaszany bębenek w brzuchu, hałaśliwie
poprowadził dłoń poprzez bezpieczną retorykę.
Musiałem opisać powietrze – mówiąc o mnie,
poczułem aurę odpowiedzi, uścisk.
Napisałem pięć i pół linijki, mała powierzchnia kartki
na więcej nie pozwoliła;
koperta zabezpieczyła całą zawartość.
Fragment listu – jakie perturbacje
są za tą granicą? – nie można zapomnieć
o zapachu fiołków ani uciec przed
wiatrem, który wieje porywczo. Nigdy.
Zapieczętowałem więc pocztówkę z Terezina,
teraz spoczywa w jakimś archiwum gotowa
błyszczeć przez wypolerowaną obudowę wieków
lub, zmieszana z popiołem i ziemią,
zrodziła źdźbło trawy.

Mój werset, liść między słów żyłami,
wciąż szukam słońca – wyczuwam je –
i promienne lematy° co wypełnią korzeniami
tę elipsę chloroformu i błyskawicy.

° Lemat (z gr. λημμα „założenie”) – twierdzenie pomocnicze, którego głównym zastosowaniem jest uproszczenie dowodów innych, bardziej istotnych twierdzeń (Wikipedia)

Come distribuire il sole

Intervenire sulla vigilia della normalità
credendo ai veli alzatisi come petali,
plastiche che rincorrono – sfido le parole –
comparare il virus con i tempi aviti,
persino il sale si secca quando è notte;
i poteri con corona, inquinano aria.
La gente stretta di paura, bavaglio verde,
tedio a rivoli, che dilegua nel fondo.
Procedere così – nel tempo – è un vivere
negli evi che rincorrono, ombreggiare
tra risultati a scacchi lenti e fasulli.
Le unità si assommano, faltan ataúdes* ;
tabella multicolore infida e posti letto
finiti, completi, vuoti e riempiti, finiti.
Come distribuire ancora il sole
ora che, a pezzi uguali, abita la strada?
Chiusi i corpi, e le menti s’accalcano.

* Faltan ataúdes (spagnolo) in riferimento al tragico periodo della pandemia Covid-19 in Spagna: “mancano casse da morto”

Jak rozdzielić słońce

Interweniować na straży normalności
wierząc w zasłony wyrosłe na twarzy jak płatki,
w tworzywa sztuczne, które starają się – kwestionuję słowa –
przyrównać wirusa do czasów przodków,
nawet sól wysycha nocą;
moce w koronie zanieczyszczają powietrze.
Ludzie zamykają się ze strachu, w zielonych kagańcach
strugami cieknie wyczerpanie, na dnie się rozmywa.
Takie postępowanie – z biegiem czasu – jest życiem
w wieku, która upływa w cieniu
powolnych i fałszywych ruchów szachów.
Jednostki się sumują, faltan ataúdes* ;
zdradziecka wielobarwna tabela i wolne łóżka
na wyczerpaniu, w komplecie, puste i wypełnione, skończone.
Jak ponownie rozdzielić słońce
co w kawałkach mieszka na ulicy?
Zamknięte ciała i stłoczone umysły.

* Faltan ataúdes (z hiszpańskiego) dotyczy tragicznego okresu pandemii Covid- 19 w Hiszpanii: “brakuje trumien”

Nota biografica

Lorenzo Spurio (Jesi, 1985), poeta, scrittore e critico letterario. Per la poesia ha pubblicato “Neoplasie civili” (2014), “La testa tra le mani” (2016), “Le acque depresse” (2016), “Tra gli aranci e la menta. Recitativo dell’assenza per Federico García Lorca” (I ediz. 2016; II ediz. 2020) e “Pareidolia” (2018). Ha curato antologie poetiche tra cui “Convivio in versi. Mappatura democratica della poesia marchigiana” (2016, 2 voll.). Per la narrativa ha pubblicato tre raccolte di racconti brevi. Intensa la sua attività quale critico con la pubblicazione di saggi in rivista e volume, approfondimenti, prevalentemente sulla letteratura straniera, tra cui le monografie su Ian McEwan e il volume “Cattivi dentro: dominazione, violenza e deviazione in alcune opere scelte della letteratura straniera” (2018). Si è dedicato anche allo studio della poesia della sua regione pubblicando “Scritti marchigiani” (2017) e “La nuova poesia marchigiana” (2019). Tra i suoi principali interessi figura il poeta e drammaturgo spagnolo Federico García Lorca al quale ha dedicato un ampio saggio sulla sua opera teatrale, tutt’ora inedito e tiene incontri tematici. Ha tradotto dallo spagnolo racconti di César Vallejo e di Juan José Millás e una selezione di poesie di Dina Bellrham confluite in “Le iguane non mi turbano più” (2020). Presidente di Giuria in vari concorsi letterari nazionali, è Presidente del Premio Nazionale di Poesia “L’arte in versi” e Presidente dell’Associazione Culturale Euterpe di Jesi. Numerosi i riconoscimenti ottenuti, tanto per la poesia che per la saggistica, tra i quali i premi “Casentino” (Poppi – AR), “Anselmo Spiga” (San Sperate – CA), “Tulliola” (Roma), “Le Rosse pergamene” (Roma); è risultato più volte finalista al Premio “Camaiore”.

Biogram

Lorenzo Spurio (Jesi, 1985), poeta, pisarz i krytyk literacki. W dziedzinie poezji opublikował “Neoplazje społeczne” (2014), “Głowa w dłoniach” (2016), “Wody w depresji” (2016), “Pomiędzy pomarańczami a miętą. Recytatyw nieobecności dla Federico García Lorca (I wydanie 2016; II wydanie 2020) i “Pareidolia” (2018). Redagował liczne antologie poetyckie, w tym “Convivio in versi / Wspólnota w wersach. Demokratyczne odwzorowanie poezji regionu Marche (2016, 2 tomy). Z beletrystyki opublikował trzy zbiory opowiadań. Jego działalność jako krytyka nasiliła się dzięki publikacji esejów w czasopismach i książkach, opracowań i rozpraw głównie o literaturze zagranicznej, w tym monografii Iana McEwana oraz tomu “Źli wewnątrz: dominacja, przemoc i zboczenia w wybranych dziełach literatury zagranicznej (2018). Dużo uwagi poświęcił także badaniu poezji swojego regionu, publikując “Zapiski z regionu Marche”(2017) i “Nowi poeci regionu Marche” (2019). Do jego głównych zainteresowań należy twórczość hiszpańskiego poety i dramaturga Federico García Lorca, któremu zadedykował obszerny, jeszcze niepublikowany esej dotyczący jego twórczości teatralnej oraz liczne spotkania tematyczne. Przetłumaczył z hiszpańskiego opowiadania Césara Vallejo i Juana José Millása oraz wybór wierszy Diny Bellrham połączonych w cykl “Iguany już mi nie przeszkadzają” (2020). Przewodniczący Jury w różnych ogólnowłoskich konkursach literackich, jest przewodniczącym Krajowej Nagrody Poetyckiej „Sztuka w wersach”. To także prezes Stowarzyszenia Kulturalnego “Euterpe” w Jesi. Zdobył wiele nagród, zarówno za poezję, jak i literaturę faktu, w tym nagrody „Casentino” (Poppi – AR), „Anselmo Spiga” (San Sperate – CA), „Tulliola” (Rzym), „Czerwone pergaminy” (Rzym); był kilkakrotnie finalistą nagrody „Camaiore”.

Tutti i diritti intellettuali riservati all’autore

Wszystkie prawa zastrzeżone przez autora

Lorenzo Spurio

Tre poesie scelte di Lucia Bonanni

L’ OCCHIO SURREALE
Ispirata all’opera
di Max Ernst “L’occhio del silenzio”

Nelle stanze del silenzio
l’occhio indaga
mette a fuoco forme e dimensioni
frantuma la luce
ricompone le ombre.

Occhi che mi fissano
che non mi fanno paura.
Apparenze mostruose
che colgo come occasioni
di confronto con me stessa.

Spalle forti vuole il mito
per sostenere i pesi del vivere.

Ne esco vittoriosa.

CERCO L’INFINITO

Quella dell’Infinito
è una sete che non si placa
e un vagabondare che non si arresta
e continuamente lo cerco
e continuamente lo perdo e
quando l’arsura si fa sentire
e la quiete tarda a venire
con dita ansiose scavo
tra ritmi sconfinati
e nel silenzio dei chiostri,
di mani tese e sguardi smarriti
sfoglio la vita,
come di minori offesi e diritti negati
vedo gli affanni.
Ombra che inseguo
tra dolci rime e colori sognanti
al desiderio di vita si assimila
tra le note del cuore
e sull’erta
mai considera le membra ferite.
Talvolta balugina
nella notte che non riposa
o nella voce che non ha parole
ma io resto in attesa
e dietro quella persiana chiusa
continuo a spiare
quel desiderio di eternità
che mi consuma.

AUTUNNO

gocce cadenti
lubrici tetti
odore di muschio
vento tra i rami
boschi deserti
vie silenziose
in un angolo
caldo
un gatto
assonnato
sulla sedia di casa

Lucia Bonanni

Tutti i diritti riservati all’autrice

Pubblicato anche sul portale giornalistico Alessandria Today:

https://alessandriatoday.wordpress.com/2020/10/29/angolo-di-poesia-tre-liriche-di-lucia-bonanni/?preview=true

VERSO consiglia: Un’antologia di racconti inediti per ragazzi a sostegno di ASROO per i malati rari

Segnaliamo con grande affetto questa pubblicazione benefica di importante spessore umanitario:

COMUNICATO STAMPA

Un’antologia di racconti inediti per ragazzi a sostegno di Asroo per i malati rari

Siena, lì 13 aprile 2020 – La beneficenza non si ferma anche in tempi di Coronavirus. E così, in poco tempo, autori volontari si sono messi a disposizione per una antologia di racconti, Fantàsià – il cui ricavato andrà completamente a sostenere le attività di ASROO, Associazione Scientifica Retinoblastoma e Oncologia Oculare di Siena. Il progetto, nato da un’idea dello scrittore Stefano Labbia, intende unire le forze della parola per un obiettivo comune: sostenere le attività di ricerca sul Retinoblastoma, il tumore oculare più frequente in età pediatrica.
Lo Staff di Siena, condotto dal medico oncologo di fama internazionale Prof.ssa Doris Hadjistilianou, segue dal 2011 un percorso di cura e diagnosi precoce di una malattia rara: il Retinoblastoma. Proprio a Siena ogni anno si celebra la Giornata di Oncologia Oculare che vede la partecipazione di massimi esperti sul tema. Siena è il terzo centro di Eccellenza in Europa per casi trattati.
L’intero ricavato dell’antologia fantasy – disponibile su Amazon – sarà devoluto ad ASROO.

Ecco il link per acquistare il libro (versione cartacea o e-book: https://www.amazon.it/dp/B086PMNDNR?ref_=pe_3052080_397514860.

Nell’antologia si sperimenta il tema della fantasia con gli autori: Aharan Lee, Elena Panzera, Giorgia Sbuelz (già vincitrice del concorso “Una fiaba per Asroo”), Greta Guerrini, Maggie van der Toorn, Monica Serra, Silvia Bruni e Stefano Labbia che hanno dedicato gratuitamente il loro tempo e le loro competenze in beneficenza. La prefazione è di Mattia Albani.
Un contributo speciale nella realizzazione del progetto va a Palma Caramia, interior design che ha intrapreso la strada da bookblogger per recensire e commentare i libri presenti nel catalogo Amazon e librerie fisiche e che attualmente collabora come grafica e illustratrice per autori emergenti e non.

ASROO – Associazione Scientifica Retinoblastoma e Oncologia Oculare è nata il 27 aprile 2010 per iniziativa di medici e biologi del Centro di riferimento del Retinoblastoma, dell’Unità di Oftalmologia e della Sezione di Biochimica del Dipartimento di Medicina Interna Scienze Endocrino Metaboliche e Biochimica di Siena, che già da alcuni anni stanno collaborando per un progetto di ricerca sul retinoblastoma.

L’Associazione si prefigge le seguenti finalità:

– migliorare le conoscenze medico-scientifiche nel vasto campo dei tumori oculari;
– migliorare la qualità dei servizi offerti ai pazienti;
– diffondere e divulgare le conoscenze scientifiche raggiunte nel settore attraverso opuscoli distribuiti negli ospedali, negli studi medici, nelle manifestazioni pubbliche quali seminari e convegni;
– sostenere tramite raccolta di fondi il miglioramento dei centri specialistici dedicati attraverso la donazione di apparecchiature scientifiche.

Ufficio Comunicazione ASROO
dott.ssa Marianna Alicino
e.mail: segreteria@asroo.org
http://www.asroo.org

VERSO consiglia: “Il virus delle verità” di Antonio Gerardo D’Errico (Santelli Editore)

Segnaliamo con piacere questa nuova interessante pubblicazione fresca di stampa:

“Un grande scrittore: Antonio Gerardo D’Errico, un mitico editore Santelli, dei luminari e professori della scienza : Luciano Gattinoni, Fabrizio Pregliasco, Gianluigi Spata e Paolo Antonio Ascierto nel libro “Il virus delle verità”, ma anche tanto altro ancora.
“Il virus delle verità”, un libro che affronta l’emergenza sanitaria del covid, in maniera scientifica, con la penna di un autore che descrive la pandemia e le problematiche correlate, in maniera impeccabile e precisa.” (tramite Gerardo D’Errico)

Acquistabile direttamente dalla casa editrice, tramite il link postato, a breve in tutte le librerie, a soli 9,99 euro.

Il virus delle verità (con interviste a Gattinoni, Pregliasco, Spata e Ascierto)

Anche su Alessandria Today:

https://alessandriatoday.wordpress.com/2020/10/20/libri-il-virus-delle-verita-di-antonio-gerardo-derrico-santelli-editore/?preview=true

IL CREATO di Maria Rosa Oneto

IL CREATO di Maria Rosa Oneto

Mi son fatta un nido di nuvole, dove trovare riparo dalla pioggia. La “modestia” degli alberi, declinati ad Oriente, paiono statuine di resina, predisposte alla preghiera. L’erba, ormai sbiadita da quel tocco autunnale, che dipinge il presente, racconta già di lunghi inverni e di pozze gelate in cui saltare.
Un cielo, uggioso e grigio, avvicina i ricordi, i momenti giovanili e quella brama di sapere che non ha mai fine. Un tempo inclemente, seppur addolcito da una strana malinconia, ci fa tornare bambini, stupiti di essere al Mondo. Un mare, all’apparenza: piatto e incolore, ridisegna storie di antichi velieri e di pirati con la bandana ed un occhio solo. Sorrido alla Terra arida di messi e al bosco sonoro che ha risvegliato un timido ruscello. La bellezza del Creato, si offre all’Uomo come briciole di pane ai fringuelli. Ovunque, sfumature cangianti, catturano lo sguardo, amplificando le emozioni del giorno. Sereno è colui che possiede il silenzio e invece delle parole, ascolta la melodia della Natura. Musica soave che illanguidisce il cuore, culla la mente e riempie l’anima di sensazioni magiche. Nessuna stonatura, viene a turbare il romanticismo di questa “melodia”, iniziata da tempo. Cambia il ritmo a seconda delle stagioni, come cambiano le sfumature, la vivacità dei colori, le pennellate di un azzurro intenso su un campo di grano maturo.
Respiro il Creato che mi son trovata accanto e anche il sangue ne trae beneficio. Gli stessi polmoni intossicati dal fumo e le mani, che danzano furiose, su balconi affrescati
da rondini, scampate per miracolo alla vita!

Maria Rosa Oneto

Tutti i diritti riservati

Foto di Izabella Teresa Kostka

TRE LIRICHE SCELTE di Maria Rosa Oneto

Una Terra Promessa

Anche il mare era sparito.
Sotto tonnellate di plastica, topi inferociti,
cercavano ossessivi qualcosa da mangiare.
I ghiacciai franati
al calore del sole,
vagavano a striscioni,
portando in dote cartelloni pubblicitari, a caratteri cubitali,
luminosi, multicolori.
Una donna, a forma
di Covid 19, si rotolava fra la paglia,
sguazzando negli escrementi di nuovi morti.
Aerei notturni spargevano sulla Terra altri Virus per distruggere l’Umanità intera.
E fu notte. Mai più giorno a seppellire il peccato. Diavoli neri di pece, scesero in picchiata a folgorare
le speranze mal riposte.
E venne Dio, fragrante di Luce a tramutare i soldi in cartaccia, a schiacciare la lingua ai potenti, a chiudere in gabbia le mani fradicie di sangue.
Il Popolo, finalmente arrivò in massa a cogliere i frutti di questa Terra Promessa e l’Amore fu più dolce e senza fretta!

Ho scritto d’amore

Ho scritto d’amore
in lunghe notti di pena.
Anche il dolore,
restava sveglio
per farmi sentire
meno sola.
Una paura innata
vagava nel cuore,
come un’umile foglia,
strappata dal ramo.
La neve, iniziava
a cadere, simile a lacrime candite in una Notte di Natale.
Scrivevo
per stemperare la noia e accanto al fuoco, mi sentivo ancora più nuda.
La penna
strisciava sul foglio
ed emanava note
fastidiose che si mischiavano ai capelli.
Le ore andavano
indecise nel vuoto
che le affliggeva.
Stanche. Interminabili,
su muri con poca luce.
La penombra,
mi rilassava le spalle,
quei pensieri accumulati nell’angolo più profondo della memoria.
La Festa non mi apparteneva. Le allegre risate andavano bene per una compagnia di ubriachi.
Ero sola a guardare
in faccia la vita, senza recare danno a nessuno!

Mi sono spenta

Mi sono spenta
in un sogno
che non torna.
C’erano nuvole rosa,
giardini che fiorivano
ad ogni ora.
Cicogne al riparo
sui tetti e petali
azzurri come il cielo.
Mi sono spenta
al brillio di un ciocco
acceso.
Nella bolla di vetro
dove una gondola
schiaffeggiava la Laguna.
Nel tempo morto
di un film all’aperto.
Al cigolio
di una candela che
si consumava
insieme
al mio cuore,
sporco di fuliggine!

Maria Rosa Oneto

Tutti i diritti riservati all’autrice

Pubblicato anche sul blog giornalistico Alessandria Today:

https://alessandriatoday.wordpress.com/2020/10/15/angolo-di-poesia-tre-liriche-scelte-di-maria-rosa-oneto-4/?preview=true

Maria Rosa Oneto

“L’età dell’insicurezza- L’amore supera le barriere”(Edizioni Smasher) di Gabriella Midili (a cura di Sabrina Santamaria)

“L’età dell’insicurezza- L’amore supera le barriere”(Edizioni Smasher) di Gabriella Midili
(a cura di Sabrina Santamaria)

Il mondo interiore altrui è sempre un campo minato tracciato da una serie di labirinti contorti in cui non si trova una via d’uscita perché, in fondo, sforzarsi di giungere a una “via di scampo” è impossibile se, ormai, siamo entrati in empatia con la sensibilità che alberga nel cuore di un essere vivente; ciò accade, a maggior ragione, se ci apprestiamo a un libro, scritto per lo più da un autore che conosciamo di persona o sui social, avvertiremo sicuramente una responsabilità verso quest’ultimo, noi comprendiamo che quella persona ci sta regalando un frammento di se stesso e noi questi doni li conserviamo con cura per il loro valore inestimabile. Ho avvertito immediatamente di aver varcato una sfera “sacra” quando mi sono accostata a “L’età dell’insicurezza- L’amore supera le barriere” di Gabriella Midili, un’autrice che ha una grande determinazione e ambizione tanto è vero che mi ha esternato con vera passione la sua velleità a crescere letterariamente, ella è colei che brama pedissequamente quel salto di qualità, ovviamente col nostro talento possiamo continuare a crescere affinché ognuno di noi si evolva mediante le esperienze che sono il frutto del nostro impegno costante.

Gabriella Midili

Il romanzo di Gabriella Midili è, sicuramente, un flatus vocis di anime che all’unisono creano una sinfonia asincrona (per metà dell’opera) e perfettamente armoniosa alla fine della vicenda che non segue un ordine logico e cronologico infatti sono molteplici i flashback, le prolessi e le analessi nel testo; questi espedienti letterari fanno da corollario a una fatica letteraria “sudata”, “sofferta” e “satura” di emozioni. “L’età dell’insicurezza” è un mosaico costituito da tantissimi pezzi apparentemente scissi fra loro, però vi è un arcano, un punto cruciale in cui i lettori troveranno la chiave di lettura del romanzo. L’autrice e la voce narrante coincidono, il romanzo è anche autobiografico quindi la nostra scrittrice decide senza riserve di confidarsi con colui il quale deciderà di sfogliare le pagine del suo libro, forse solo per curiosità, la sua fiducia verso il probabile sconosciuto che la leggerà non ha confini e nemmeno barriere. Questo romanzo, fra l’altro, lo possiamo inquadrare sotto diverse chiavi interpretative e per certi aspetti mi è sembrato che si avvicinasse al genere giallo, ma in questo caso a investigare è il lettore il quale deve svelare il mistero dell’anima dell’autrice, un mistero fitto e intrigato, nemmeno la psicanalisi avrebbe trovato delle risposte razionali al suo caso, forse accettando che la sua storia è un enigma riusciamo a stabilire il fatidico patto narrativo con Gabriella Midili. L’originalità dell’opera risiede nel contatto, quasi tangibile, che la protagonista dei fatti raccontati, ha con la quarta dimensione; il suo anelito spira all’invisibile, al “paranormale” infatti si tratta di porgere l’occhio e l’orecchio a entità che non sono visibili all’occhio umano, come gli angeli custodi. Colei che narra crede nella voce interiore che la guida a compiere azioni sagge e virtuose che può essere intesa in una duplice veste o come coscienza che conferisce nuova linfa oppure come il Daimon o entità angelica che le sussurra sospiri ineffabili; è colui il quale la nostra chiama Maestro a divenire la contro-voce, quasi l’aiutante fiabesco direi o l’architrave portante delle nuove consapevolezze di Gabri (vezzeggiativo di Gabriella). Il romanzo si regge su tre pilastri ove alla base troviamo la protagonista e il Maestro e al vertice un personaggio di cui non farò menzione perché è la pietra miliare e sarebbe uno spoiler, colui sul quale si sorregge la trama introspettiva di questa storia che oltrepassa ogni confine possibile e immaginabile, chissà il mondo in cui viviamo noi forse è solo uno dei mondi possibili? Spetta a noi scoprirlo, intanto ci delizieremo leggendo “L’età dell’insicurezza” di Gabriella Midili.

Sabrina Santamaria
Fonte: http://www.sabrinasantamaria.it

Gabriella Midili

RACCONTI: “Sulle onde della speranza” di Eduardo Terrana

SULLE ONDE DELLA SPERANZA
(di Eduardo Terrana)

Non appariva terra all’orizzonte. Già da giorni il gruppo andava alla deriva senza direzione certa. Il barcone non era più spinto dal motore andato in avaria. I due “ caporali”, che avevano preteso da ognuno di loro 4500 euro per quel viaggio verso la speranza di una condizione di vita migliore, promessa ma non garantita, non sapevano praticamente che fare.
La sorte di tutti era di fatto affidata alle onde del mare sino a quel momento tranquille essendosi il tempo mantenuto sereno.
Scarseggiavano, però, i viveri e l’acqua, e nel gruppo vi erano ben 20 persone tra cui 8 donne, 6 bambini e una neonata di appena sei mesi. Gli occhi di tutti restavano puntati all’orizzonte legati alla tenue speranza di avvistare terra ovvero una nave o un mercantile che potesse prestare loro soccorso e portali al sicuro. Ma l’attesa restava senza risposta.
Il barcone ondeggiava con la solita monotona cadenza, il sole continuava ad essere caldo e bruciava quei volti non ancora rassegnati al peggio, il silenzio la faceva da padrone assoluto. Che dire in fondo? La bocca di tutti era asciutta, le labbra bruciate, la gola arsa, nessuno riusciva o aveva voglia di parlare. Quel poco di acqua rimasta non veniva razionata in ugual misura, i due “caporali” pretendevano di berne con assoluta priorità e sazietà. Così era per il poco cibo rimasto. I due si facevano forti dei loro kalaschnikov. Una sola raffica li avrebbe uccisi tutti. Neanche per i più piccoli avevano misericordia. La vita, per loro, valeva zero. Le donne facevano il possibile per frenare il loro pianto, le loro invocazioni di cibo, li stringevano al petto nella speranza che quello abbraccio potesse sfamarli d’affetto.
Le labbra e le manine della piccola Maryam, di appena sei mesi, d’istinto cercavano spasmodicamente il seno della mamma per succhiare un po’ di latte. A’isha, la sua mamma, con amorevole delicatezza, prendeva quelle manine e le copriva di baci, e con lo sguardo umido di pianto accarezzava il corpicino della sua piccola alla quale null’altro poteva ora offrire se non il suo smisurato amore di madre.
Il suo seno, ahimé, non dava latte a sufficienza per la piccola Maryam!
Piangeva, A’isha, copiose amare lacrime che il sole, bruciante, non riusciva nemmeno ad asciugare. Piangeva, A’isha, mentre col pensiero riandava alla sua giovinezza, alla sua infanzia triste vissuta tra le dune della sabbia della sua terra di Nigeria. Nel rossore dei suoi occhi c’era il rosso vivo dei tramonti unici, meravigliosi, inconfondibili di Lagos; c’era il sole che si adagia , lentamente, tra le nuvole all’orizzonte, creando un meraviglioso gioco di riflessi argentei tra le onde del mare, sulle quali rientrano silenziose al vespro le barche dei marinai con il loro carico, spesso magro, di pescato, unica loro risorsa di vita.
A’isha ricorda … mentre stringe al seno, dolcemente, fortemente, la sua Maryam ed i suoi sospiri rompono la monotonia gravosa della cappa di silenzio che appesantisce la precaria situazione di quanti sono sul barcone. Il poco di acqua, razionata con un cucchiaio, dopo ore e ore di fuoco che annichilisce le menti e le anime, consente alle madri di inumidire le labbra dei loro bambini, che inerti se ne stanno sdraiati per terra, accanto a loro, come morti.
Fuggiva A’isha, dall’inferno del suo paese, dove ogni mattina, fin da bambina, pestava, assieme alle sorelle, il miglio la cui farina, impastata con acqua o latte, sarebbe stata la base dell’alimentazione quotidiana per sé e la sua famiglia; dove ogni giorno , aveva il compito pesantissimo di andare al pozzo, lontano diversi chilometri dal villaggio, sotto il sole cocente ed un bidone sulla testa, a prendere l’acqua per bere, cucinare, lavarsi e trasportarla coi più disparati sistemi verso casa; dove ogni giorno doveva procurare la legna da ardere, compito anche questo molto gravoso, come lo era la cura dei campi, che davano magrissimi raccolti, perché di pioggia ne veniva giù veramente poca, e neanche il copioso sudore delle donne e dei bambini, schiavi tra le zolle, bastava ad inumidire le sementi del prodotto coltivato.
A’isha condivideva con sua madre Salimah e le altre donne questa vita
estrema, essendo gli uomini per cultura e per bisogno dediti a praticare la
pastorizia semi-nomade.
Fuggiva A’isha, dalla fame, dalla miseria, dalla tortura, dall’hiv/ aids, dal clima arido di un paesaggio stepposo e desertico.
Tutta rannicchiata su se stessa , a poppa, A’isha scrutava l’orizzonte e… la prendono i ricordi.
Aveva appena otto anni quando subì l’infibulazione totale, mutilazione necessaria, l’aveva giustificata sua madre, per accedere al matrimonio ed ad una vita “normale”, in una società che prevede la poligamia e il rifiuto della moglie.
“ Io “, le raccontava sua madre, “ sono nata e cresciuta in una povera capanna, e a dieci anni già sapevo tutto dell’uomo e lavoravo in un cantiere, quale fortuna!, ed ero felice così di assicurare da mangiare a tutta la mia famiglia.”
Che storia quella di sua madre Salimah! Sesta di una famiglia di dieci figli, era stata venduta dai genitori all’età di quattordici anni ad un giovane cammelliere che l’aveva poi abbandonata in un villaggio di Bohicon, della regione del Benin, dove si praticava la coltura del cotone.
Dopo l’abbandono Salimah aveva dovuto patire ogni sorta di umiliazione fisica e psicologica prima di trovare lavoro nella piantagione. Una vita di stenti , sopportata per dodici anni, ma Salimah si accontentava, perché così riusciva a nutrire la figlia, A’isha, natale da un rapporto sessuale a cui era stata costretta con la forza. Ma il peggio doveva ancora venire. La piantagione fallisce, a causa di una grave crisi economica e il prezzo del cotone sprofonda. Fame, miseria , umiliazione, erano, ora, il pane quotidiano di Salimah, che decide di dare A’isha, appena tredicenne, in sposa a un soldato mercenario della guerriglia in Congo, come ce ne erano tanti, che la paga come moglie in affitto.
Questa è una usanza diffusa nel paese che A’isha si lasciava dietro, dove la fame, le malattie, la denutrizione ed il terrore dello stupro delle donne
del villaggio, da parte dei guerriglieri delle zone di guerra limitrofe che lo praticavano come arma per la conquista del territorio, trasformavano la realtà in un incubo.
E la tortura per Salimah, era cominciata con uno stupro di gruppo e poi, schiavizzata e tenuta sotto minaccia, continuata con le sigarette spente sulla pelle, la privazione del cibo e del sonno, perché le sue grida ed il suo pianto erano divertimento per i suoi aguzzini, che ridevano, ridevano mentre si ubriacavano.
Fuggiva A’isha da quelle zone tra le più misere e povere del mondo dove le donne erano vittime predestinate di violenze e di schiavitù a scopo di sfruttamento sessuale o lavorativo e dove i bambini, ma anche tante bambine, venivano rapiti durante le razzie nei villaggi e poi addestrati, con crudeltà, come combattenti, all’uso delle armi e della violenza e obbligati ad uccidere, oppure, come carne da cannoni, il più delle volte mandati avanti sui campi minati, per aprire la strada all’esercito. Prima dell’azione militare venivano drogati con un pasto di cocaina o anfetamine, mischiata col riso, succo di canna da zucchero o hashish, che li rendeva insensibili al dolore.
Kamil, undici anni, era uno di questi, un baby soldato. L’età lo abilitava alla prima linea e così, in un attimo di secondo, il suo comandante gli cambiò la vita mettendogli tra le mani un kalashnikov che per lui divenne il mezzo per ottenere cibo e le cose altrui, uccidendo. Una violenza che a distanza di anni, dopo essere fuggito da quell’orrore ed avere trovato, clandestinamente, rifugio in Spagna, non lo faceva dormire e non riusciva a cancellare. Nel sonno un incubo ricorrente: le facce dei suoi morti che gli spruzzavano il loro sangue in viso, e quando si svegliava nei suoi occhi… solo lo spettro dell’infanzia rubata.
Fuggiva A’isha e… all’orizzonte intravedeva la luce della rinascita, di un domani migliore, più umano, per sé e per la figlia Maryam, che stringeva al seno, al termine di quel viaggio, terribile, brutale, disumano, sì(!), ma aperto alla speranza(!), sulle onde che la portavano lontano dall’orrore, dalla depravazione, dalla disperazione.
Guardava A’isha all’orizzonte, presa dalle nuvole che si allargavano a formare le forme più strane, quando… ad un certo punto si svegliò dentro ad un sogno.
Una visione bellissima(!), la sua Maryam, già grande, avanzava maestosa, sicura e negli occhi una forza solo a Lei conosciuta.
Andava, di paese in paese, ingoiando polvere ma coltivando sogni, affrontando pericoli ma segnando nuove tappe di successo per nuovi capitoli di speranza e di rinascita da scrivere nell’antico libro della sua madre Africa.
Procedeva sicura e determinata verso la meta, instancabile, incurante della pioggia che le inzuppava le ossa, del sole che le bruciava l’anima, della polvere che s’impastava col sudore, formando una crosta grigiastra che le copriva il viso.
Ovunque si occupava dei soldati bambini, delle donne schiavizzate e violentate. Nel Palazzo dei grandi del mondo, supplicava che intervenissero, facessero qualcosa, agissero, perché i responsabili dei crimini a sfondo sessuale e della tratta dei bambini, tanto orrendi quanto inumani, fossero portati dinanzi al tribunale penale internazionale e additati alla vergogna del mondo. Sosteneva che le donne avevano il diritto di esistere ed i bambini il diritto di vivere la loro infanzia, la loro vita e di avere un’istruzione ed una migliore educazione.
Si rivolgeva ai Paesi che hanno influenza perché giustizia fosse finalmente fatta. Giustizia, sì (!), era questo il suo impegno da portare avanti in prima persona perché diventasse realtà.
Per questo, orgogliosa di sé, instancabile a volere di più, a darsi la migliore formazione che le consentisse di cambiare davvero le cose, aveva voluto studiare Giurisprudenza ed impegnarsi con varie organizzazioni per la difesa dei diritti umani. Voleva raggiungere l’obiettivo più alto, conquistarsi un posto al vertice, ed essere tra le persone che hanno il potere di decidere. E quando avesse raggiunto l’obiettivo tornare al suo Paese e dispensare fiducia e insegnare alle donne ad avere il coraggio di difendere sempre i loro diritti, di ribellarsi se così non fosse stato e dare ad ogni bambino non solo una carezza ma anche la certezza di vivere la propria infanzia ed avere un futuro migliore.
Come fosse presente, A’isha vedeva le mani, cariche di sogni, di tanti popoli, levarsi in alto al passare di Maryam e rinnovare la loro fede nel Dio della vita. E vedeva, finalmente (!), grazie a Maryam, la sua Madre Africa, pacificata, gioire del sorriso dei suoi bambini, gloriarsi di essere di nuovo culla di antichi e nobili valori, tornare a coltivare sogni e speranze di una nuova umanità.
E A’isha si sentì fiera ed orgogliosa di essere Madre!

Eduardo Terrana
Proprietà letteraria riservata

Eduardo Terrana

“NOTRE-DAME” DI EMANUELE MARCUCCIO con UNA NOTA CRITICA a cura di Lucia Bonanni

“NOTRE-DAME” (1)
DI EMANUELE MARCUCCIO con
UNA NOTA CRITICA a cura di Lucia Bonanni

Emanuele Marcuccio

Con la lirica “Notre-Dame” Emanuele Marcuccio aggiunge un’altra perla al suo mondo poetico. Scritta il ventotto aprile 2019 e dedicata “[a]lla cattedrale di Notre-Dame di Parigi colpita il quindici aprile 2019 da un incendio che ne distrusse il tetto, la guglia e ne danneggiò la struttura”, come si legge nella nota a piè di pagina dell’autore.

Madre e il suo universo

soffocato
sotto il peso

e le fiamme
a corrodere

il tempo
passato
sotto gli archi

la luce per le vetrate

risplende

non più

(1) Emanuele Marcuccio, in AA.VV., Rivista di Poesia e Critica Letteraria “Euterpe”, N. 29, Luglio 2019, p. 34.

~

La poesia si compone di undici versi, modulati su una struttura essenziale e un alternarsi di versi lunghi e versi brevi, disposti in quattro unici, due distici e una terzina, separati da spazi bianchi per favorire la riflessione e dare respiro al componimento in quanto “[l]a sua ispirazione poetica è ‘un’ispirazione drammatizzata’ in cui egli si apre agli stimoli che gli giungono dall’esterno come ai luoghi della mente e alle nebulose che avvolgono la memoria e il ricordo, regalando sempre felicità al lettore” (2). Concisa ma non uniforme, la lirica incanta e seduce per l’acume creativo e la molteplicità delle suggestioni che sa trasmettere. Con piglio felice l’autore descrive l’avvenimento con purezza stilistica e intensità espressiva, ponendo in apertura del testo la parola “Madre” a evidenziare il significato del termine nella sua valenza spirituale che richiama anche quella terrena. Lo splendore solenne di Maria di Nazareth si accentua nel continuum del verso “e il suo universo” come assoluto universale, un cosmo riferito alla sua originale purezza e alla sua maestà celebrata nei tanti dipinti tra cui spiccano La maestà di Santa Trinità di Cimabue, La Madonna di Ognissanti di Giotto e La Madonna Rucellai di Duccio, esposte nella medesima sala alla Galleria degli Uffizi di Firenze, e volge lo sguardo anche all’universo costituito dalla cattedrale. Già nel titolo si nota l’appellativo “Dame”, titolo onorifico, presente negli ordini cavallereschi cristiani che equivale al cavalierato al femminile. Si pensi ad esempio alla Madonna delle Milizie che, secondo la tradizione cattolica, agli inizi dell’anno Mille apparve su un cavallo bianco, vestita da guerriera per liberare la città di Scicli (RG) dalle incursioni saracene.
Nel primo distico del componimento si dice che l’universo della cattedrale è “soffocato/ sotto il peso” della guglia e del tetto, crollati a causa dell’incendio. Il verbo soffocare evoca l’idea del fumo sprigionato dalla combustione, un fumo asfissiante, afoso, che reprime e sacrifica e non si riesce a sedare perché le fiamme continuano ad avvolgere e “a corrodere” la struttura del manufatto insieme a tutto “il tempo/ passato/ sotto gli archi”. Nella terzina il participio passato del verbo “passare” vibra di un percorso temporale, immaginato come ininterrotto, duraturo, permanente, ma anche trascorso ad ammirare le tante bellezze della chiesa madre di Parigi. Costruita tra il primo e il secondo secolo dell’anno Mille, la cattedrale è il primo esempio di chiesa gotica, presenta una pianta a croce latina, cinque navate, volte a crociera con archi rampanti e le belle vetrate colorate che trasformano l’edificio in un tempio splendente. E adesso che la fuliggine ne ha annerito la sfavillante bellezza, “la luce per le vetrate// risplende// non più”. Qui i complementi di moto per luogo e moto attraverso luogo nell’accezione figurata anche di fendere, attraversare, mettono in evidenza l’estetica della luce che dopo l’accaduto “risplende// non più”. Il senso dell’oscuramento luminoso è dato dalla locuzione “non più” in contrasto col verbo risplendere con l’avverbio “non” che nega, modifica e capovolge il predicato e l’avverbio “più” con funzione di cessazione dei raggi luminosi che attraversavano le vetrate.
Di ampio respiro il carattere stilistico della lirica, impostata con tono aulico, naturalezza di espressione e partecipazione emotiva. Ancora una volta “[c]on i suoi scritti [l’autore] offre senso di appartenenza, incuriosisce, si traspone nell’altro e fa vivere speranze in un modo ricco e profondo”(3) perché “l’intento della poesia è sempre quello di celebrare, costruendo un’architettura di parole nei più vari registri, dai più intimistici e introspettivi ai più altisonanti”(4).

Lucia Bonanni
San Piero a Sieve (FI),

16 settembre 2020

(2)Lucia Bonanni, “L’Anima di Poesia di Emanuele Marcuccio, dolce poeta. Lettura del suo mondo poetico, partendo dall’analisi della silloge, Anima di Poesia”, in AA.VV., Rassegna Storiografica Decennale. IV, Limina Mentis, Villasanta, 2018, pp. 83-84.

(3) Id., “L’Anima di Poesia di Emanuele Marcuccio, dolce poeta”, in Op. cit., p. 84.

(4) Emanuele Marcuccio, “Introduzione alla poesia”, in Id., Pensieri Minimi e Massime, Photocity, Pozzuoli, 2012, p. 31.